Naprawiamy wieże audio, magnetowidy VHS, TV, amplitunery, radia, magnetofony, odtwarzacze CD.
- PO w żadnym wypadku nie czuje się zakładnikiem lewicy. Może ją zresztą całkiem skutecznie spacyfikować "miękkim rozwodem" - pisze Bartłomiej Kozek z Zielonych dla eKurjera Warszawskiego.
Fot. Magdalena Mosiewicz Przewodniczący koła warszawskiego Partii Zielonych Powyborczy krajobraz w Warszawie przypomina nieco pobojowisko. Wygrana Hanny Gronkiewicz-Waltz już w I turze, a także zdobycie przez PO samodzielnej większości w Radzie Warszawy, stanowi duże wyzwanie dla progresywnej polityki w naszym mieście. Wygląda na to, że obecna pani prezydent otrzymała od wyborczyń i wyborców dość spore wotum zaufania, którego nie da się tak łatwo wytłumaczyć li tylko słabością politycznej konkurencji czy tym bardziej "strachem przez PiSem". Nadal w pamięci tkwi marazm, z jakim miasto zmagało się w okresie kadencji Lecha Kaczyńskiego, doszła to tego także kwestia zmiany języka przez ubiegającą się o II turę Gronkiewicz-Waltz.
Wyrobiwszy sobie już markę jako osoba, która rozruszała miejskie inwestycje, tym razem chętniej sięgnęła po hasła związane z jakością życia, co poważnie utrudniło życie głównym konkurentom. Czesław Bielecki najpierw skupił się na narzekaniu na stołecznych urzędników, potem zaś zaczął próbować "schodzić do ludzi", co prowadziło niekiedy do kuriozalnych pomysłów, takich jak wyrzucanie osób ubogich ze Śródmieścia. Wojciech Olejniczak próbował nieco grać kartą "miasta dla ludzi", ale niestety - brak bardziej stanowczego punktowania obecnej pani prezydent dał się we znaki. Stanie w rozkroku rzadko jest zadaniem łatwym, niemniej jednak, paradoksalnie - atakowanie PO i odbieranie jej głosów dawało większe szanse na pozostanie z nią przy władzy, niż dyskretne przytyki.
Rezultaty tego stanu rzeczy widoczne są gołym okiem - na 60 radnych Rady Warszawy PO będzie ich miała 33, PiS - 17, a SLD - 10. Odpływ głosów zarówno od formacji Jarosława Kaczyńskiego, jak i Grzegorza Napieralskiego, nie okazał się tak dramatyczny, jak się spodziewano. Platforma zawdzięcza możliwość samodzielnych rządów dużo bardziej Prawu i Sprawiedliwości niż lewicy, ta bowiem - w porównaniu do roku 2006, straciła tylko jedno miejsce. SLD jako takie nie straciło nic, nadal bowiem będzie miało 8 radnych, którym będą towarzyszyć Krystian Legierski z Zielonych oraz Alicja Tysiąc.
Strata raptem dwóch punktów procentowych okazała się znacznie mniej dramatyczna niż się spodziewano - jeszcze rok temu, z prognoz opartych na przeniesieniu na poziom samorządowy wyników z wyborów do Parlamentu Europejskiego całkiem realna okazała się wizja, że uda się obronić raptem 3 mandaty. Sojusz Sojuszu z Zielonymi i Partią Kobiet pozwolił na zahamowanie odpływu wyborców do PO, przez co w efekcie wynik SLD jako samodzielnej marki nie różni się tak znacząco od silniejszego pod względem formatu nazwisk (kandydatura Borowskiego była, jak widać, znacznie mocniejsza od Olejniczaka) LiDu.
Komentarze
Brak komentarzy.