Naprawiamy wieże audio, magnetowidy VHS, TV, amplitunery, radia, magnetofony, odtwarzacze CD.
To jest kolejny taki przypadek, gdy przestępca skazany przez polski sąd zamiast odbywać karę, żyje sobie jakby nic się nie stało. Jakiś czas temu pisaliśmy o skazanym na 2 lata więzienia bandycie, który wpadł dopiero po 2 latach (nomen omen) skutecznego ukrywania podczas załatwiania w urzędzie "formalności". Tym razem jest jeszcze ciekawiej.
Sąd Okręgowy w Warszawie w alejach Solidarności. Policjanci przeprowadzili akcję "Poszukiwani" polegającą na skoordynowanym i zakrojonym na większą skalę przeszukiwaniu miejsc w których mają zwyczaj ukrywać się skazani przestępcy.
W ciągu dwóch dni zatrzymano osiem osób wśród których był m.in. Adam B. skazany na 6 miesięcy za kierowanie rowerem pod wpływem alkoholu. Mężczyzna był tak zdesperowany, że uciekając przed policjantami wyskoczył przez okno z pierwszego piętra. Nie on jednak jest naszym "rodzynkiem". Bardziej ciekawy przypadek to Sławomir G. skazany na prawie 4 lata więzienia i również zatrzymany w czasie akcji "Poszukiwani". Zgadnijcie gdzie go policjanci znaleźli?. No dobra, nie zgadniecie, bo to zbyt kuriozalne. Otóż nasz "bohater" grzecznie i spokojnie sobie pracował w szpitalu, gdzie był cały czas zatrudniony. Może ja jestem bardzo wymagający, ale czy tylko mnie się to wydaje dziwne? Czy trzeba przeprowadzać specjalną akcję policyjną, aby złapać kryminalistę, który najzwyczajniej w świecie codziennie rano podbija kartę w zakładzie pracy? Ile potrzeba wysiłku intelektualnego, aby sprawdzić czy na konto w ZUS spływają nadal składki za bandziora? Jeśli wpływają to poszukiwany nadal tam pracuje, to chyba nie jest jakieś bardzo skomplikowane.
Inną sprawą jest to, że w Polsce Sądy nie informują pracodawców o skazaniu ich pracownika. Powoduje to sytuację w której placówka zatrudniająca nie ma pojęcia, że ma "przyjemność" np. ze złodziejem, malwersantem, oszustem, zboczeńcem itd. W tym przypadku skazany na 4 lata, a więc chyba nie za "przeklinanie w miejscu publicznym" pracował w szpitalu, gdzie z samej natury rzeczy nie ma miejsca dla osób pozbawionych moralności. Ponownie powstaje pytanie o to, ile osób skazanych na karę więzienia mijamy codziennie na ulicy, za którymi stoimy w kolejce w sklepie spożywczym, a nawet w obecności których poszukujemy pomocy medycznej. Nie wiem jak Was, ale mnie to odrobinę wzburza.
Komentarze
Brak komentarzy.